Michael Grzesiak (@MichaelGrzesiak)
Posted
1 replies · 0 reposts · 0 likes
„Gather around, the Renaissance woman has finally appeared” (Q-Tip, Renaissance Rap) Wakacje 2003 roku. Autor niniejszego posta, w wieku pacholęcym, a dokładnie przed-bar-micwowym, gra sobie rekreacyjnie w piłeczkę na kolonii, nad polskim morzem. Ciepło, parno, latamy bez koszulek, przerwa 10 minut przed drugą połową. Pobiegłem się napić do pokoiku, ktoś zostawił włączony telewizor. A były to szlachetne czasy, gdy kanały muzyczne nie serwowały tylko disco polo. I nagle bum, „Crazy in Love” wjeżdża na całego. Teledysk leciał może od 2 miesięcy, ale dopiero wtedy przykuł moją uwagę. Spocona Beyoncé, spocony ja, płonący samochód, mi też gorąco, ona kopie w hydrant, ja polewam się butelką wody. Chinchilla, haha, co on gada?! Miałem już się zbierać na boisko, ale nie mogłem. A potem? Potem strzeliłem całkiem udaną brameczkę. Jak wielu milenialsów, solową karierę Bey śledziłem od początku, tak jak Kanye Westa czy innych. Na start Destiny's Child się nie załapałem, zresztą jak, gdzie, pamiętacie jak wyglądał wtedy internet? Poza tym, gdy ginęła Aaliyah, ja słuchałem Budki Suflera, tak że, no… Nie zmienia to faktu, że wtorkowy koncert był moim pierwszym – tak, była u nas w 2013 i 2018 r., ale przypadło to na okresy dość poważnej depresji w moim życiu. Tamten pierwszy w ramach festiwalu, ten drugi z mężem, więc dopiero teraz sama, SOLO, dwa występy na Narodowym dla nas! W jesieni mojego życia, po raz pierwszy, już jako 41-latkę ujrzałem naszą Afrodytę. Najdroższy koncert życia. Warto było? Ależ oczywiście! Coś przepięknego. Cudowny ekran na 5 kilometrów (hehe), ze znakomitą jakością obrazu. Show składało się z 7 części, razem 34 piosenki, każda sekwencja przedzielona efektownymi filmami i wizualizacjami. Gdy ekranowe kostki, niczym ukryte pola w kole fortuny, wypełniły gigantyczne zdjęcie gwiazdy wieczoru, wiedzieliśmy, że zaraz zacznie się impreza życia. Opening Act miał składać się z 6 piosenek (całą setlistę miałem na tapecie telefonu żeby trzymać palec na pulsie xd). Wchodzi Bey, wciąż przepiękna i powalająca, potężny hałas publiki i zaczęliśmy od „Dangerously in Love” (kilka dni przed koncertem minęło 20 lat od debiutu). I tu zaczął się jedyny zgrzyt, którego się spodziewałem – Stadion Narodowy. Stadion okropny jeśli chodzi o akustykę. Anielski głos pani Carter z odczuciem spowolnienia, jak gdyby odbijał się od każdego zakamarku areny, sunął od ścianki do ścianki, jak pływak na basenie. Ale obróciłem się w prawo i laska płakała ze wzruszenia, więc postanowiłem, że nie będę marudził, bo przecież niektórzy doznają tu katharsis. Stadion miał być jedną z wizytówek Polski, 3 osoby zginęły budując go w pocie czoła. Jak czytam czasem wyjaśnienia, że nie był projektowany z myślą o koncertach… To z jaką myślą był projektowany? To nie stadion klubowy, wiadomo, że z samych meczów się nie utrzyma. Trzeba było wybrać projekt bardziej odpowiadający wyzwaniom muzycznym, w końcu na innych stadionach jest lepiej pod tym względem. No nic, dalej „Flaws and All” – „znacie tę piosenkę, zaśpiewacie ze mną”, rzekła. Opening Act był balladowy i odsłonił się jako projekt biznesowy – Beyoncé zadowoliła sektory VIPowskie z dwóch stron sceny, wielokrotnie się tam przechadzając, lub siadając na fortepianie. Był tribute dla Roce Royse, była piosenka zmarłej Tiny Turner. Druga część „Welcome to Renaissance” to rozpoczęcie imprezy na całego. Artystka zaczęła się zapuszczać w głąb stadionu, w kultowy Club Renaissance – publikę zgromadzoną w środku wielkiego okręgu. Pierwsze 3 piosenki z płyty, ale jeszcze nie wszyscy oszaleli. „Renaissance” utrzymane jest w estetyce house’owej, dance’owej, a elementy disco, funku, bounce’u, Detroit techno, a nawet gqom kotłują się tu w piękny sposób; jednocześnie otwarcie płyty jest dość zachowawcze. Bardziej Sly Stone niż James Brown. Króciutkie „Lift Off” przywołujące „Watch the Throne” bardzo mnie podnieciło, niczym zwiastun wielkiej podróży w kosmos, co sugerowały wizualizacje. Słynny duet Les Twins mógł zaprezentować swoje umiejętności taneczne podczas „7/11” puszczonego „z taśmy”, w tym czasie artystka przygotowywała się do części „Motherboard”. Oglądanie tych wariatów to czysta przyjemność 😉 Gdy srebrna, świecąca scena ukazała nam cały zespół muzyków i tancerzy, wjechało „Cuff It”, więc nie było już co zbierać. Patrząc na liczbę streamów ze Spotify – największy hit płyty i jej trzecia najpopularniejsza piosenka. „Gdzie kucharek sześć…”, o nie, tym razem nie. Nile Rodgers, Raphael Saadiq i The-Dream z ekipą dostarczyli nam znakomity, imprezowy kawałek. „Break My Soul” to była celebracja dla fanów, Bey przechadzała się po kręgu (byłem z 5 metrów od niej, więc wow xd), tancerze za pan brat z vogue, ale też „Vogue” Madonny wpleciony w kawałek. Zresztą artystka żeniła też wielokrotnie swoje kilkunastosekundowe fragmenty piosenek w trakcie całego występu – trochę jak mashup, trochę jak dj set. PS - poniższe zdjęcia nie moje #Beyoncé #Beyonce #RenaissanceWorldTour #Warszawa #2023